Na szlaku

    Wędrówki, góry, odwiedzone miejsca. Po szlakach, ścieżkach, miejskimi drogami.Często ze zdjęciami, rzadziej bez.

    Wpisy z okresu: 7.2013

    Biorąc pod uwagę, że od urodzenia mieszkam w Gdyni a jeszcze nie byłam na najwyższym wzniesieniu w okolicy, postanowiłam to zmienić ;)

    Cel obrany: góra Donas (205,7 m. n.p.m.).

    GDYNIA DW. GŁ. PKP  → ul. Wolności ul. Podlaska ul. Tatrzańska Cmentarz Witomiński ul. Sosnowa ul. Chwarznieńska rzeka Kacza Obwodnica Trójmiasta rzeka Kacza ul. Wiczlińska ul. Pokrzywowa ul. Łanowa GÓRA DONAS

    Wycieczkę rozpoczynamy w okolicy dworca kolejowego w Gdyni, na ulicy Warszawskiej. Iść będziemy szlakiem żółtym, funkcjonującym jako Trójmiejski.

    [Szlak Trójmiejski swój początek ma w Gdyni Głównej. Kończy się zaś na dworcu PKS w Gdańsku. Na terenie Gdyni szlak liczy 22,1 km, całościowo natomiast 45,9 km.]

    Przecinamy wspomnianą Warszawską, następnie przez chwilę idziemy ulicą Wolności, po czym odbijamy w lewo w ulicę Podlaską. Jest to krótka uliczka, dlatego też po paru momentach wchodzimy w ulicę Tatrzańską. Tu również długo nie zagościmy, gdyż po chwili zauważamy leśną ścieżkę i żółty szlak, którym będziemy podążać (ten kawałek zajmuje nam jakieś 6-8 minut, ale nic dziwnego – do tej pory droga wiodła miejskimi chodnikami).

    Skręcamy więc w prawo i na samym początku last wita nas dość stromym – jak na las miejski – podejściem. Pokonujemy to i idziemy dalej.

    Ogólnie dzień jest bardzo ciepły, jednak idąc leśną ścieżką upały tak nie doskwierają. Głównie towarzyszy nam cień, jedynie gdy chwilami drzew wokół  nas ubywa i pojawia się wolna przestrzeń, czuć, jak słoneczko przygrzewa.

    Po jakimś czasie dochodzimy do Cmentarza Witomińskiego – jego ogrodzenie towarzyszy nam przez krótki fragment wycieczki. To właśnie w tych okolicach mijamy jedyną spacerowiczkę, na którą natrafiamy podczas całej wędrówki.

    [W dalszej części spaceru mijamy jeszcze łącznie kilkunastu rowerzystów. Piechurów więcej nie było :) ]

    Fajna trasa, przez las, niezbyt ciężka.Później trafiamy na ulicę Sosnową. Jest to leśna droga łącząca gdyńskie Witomino z inną dzielnicą – Demptowem. Idziemy nią przez chwilę, po czym skręcamy w prawo (trochę zabłocony i „zakałużony” fragment) i kierujemy się w stronę ulicy Chwarznieńskiej.

    [Wiedząc, że na tej ulicy trwa remont drogi (co widać na załączonym obrazku), myślałam, że trzeba będzie zboczyć ze szlaku i przemaszerować między drzewkami w stronę ulicy Okrężnej, a tam na wysokości (albo kawałek przed) przystanku Okrężna I przejść na pasach na drugą stronę jezdni i spowrotem błądzić między drzewkami w poszukiwaniu szlaku.]

    [Po przeciwnej strony ulicy Okrężnej wiedzie również szlak pieszy czerwony (rowerowy zresztą też, ale trochę inną trasą). Mniej więcej w 1/3 drogi między ul. Chwarznieńską a obwodnicą Trójmiasta, łączy się on z naszym żółtym szlakiem. Ten wariant mógłby więc stanowić alternatywę dla ślepego krążenia po lesie.]

    Korzystając z niedużego natężenia ruchu i nieobecności budowlańców w pobliżu, przechodzimy (oczywiście w miejscu do tego nieprzeznaczonym) na przeciwną stronę (chociaż – za pewne – nie będzie to zawsze możliwe – zależeć to może od dokładnego miejsca, w którym prowadzone będą prace remontowe w danym dniu i nasilenia ruchu kołowego).

    Odnalezienie żółtych znaków, za którymi się kierujemy, nie jest trudne. Po paru chwilach dochodzimy do miejsca, w którym nasz żółty szlak krzyżuje się z czerwonym i ze ścieżką rowerową.

    Dzięki obecnym tutaj znakom dowiadujemy się, że znajdujemy się mniej więcej w połowie trasy. 6 km od dworca za nami, do naszego celu pozostało niecałe drugie tyle.

    Ruszamy. Tym razem po kilku minutach trafiamy na ściek… Yyy… Rzekę (a raczej rzeczkę) Kaczą. Szlak czerwony ucieka w lewo, jednak wciąż towarzyszy nam ścieżka dla przemieszczających się na dwóch kółkach.

    No dobra – docieramy do Trójmiejskiej obwodnicy, pokonujemy przejście pod obwodową i skręcamy w lewo.

    Ścieżka rowerowa w swoja stronę, żółty szlak – w swoją. Odcinek teraz pokonywany przebiega ścieżką (początkowo wzdłuż obwodnicy), przy której przez dłuższy czas płynie Kacza.

    Po przejściu tej części trasy zbliżamy się do dzielnicy Dąbrowa, a konkretnie do ulicy Koperkowej (do celu: 3 km). Stąd odbijamy w prawo, przez jakiś czas idziemy przez las, po czym musimy przejść przez ulicę Wiczlińską. Ruch jest niewielki, więc przy przystanku „Wiczlińska – Las” przechodzimy na drugą stronę jezdni.

    Znowu przemierzamy obszar leśny, jednak nie jest to długi fragment tym razem. Przy jego końcu po raz ostatni podczas naszej wędrówki napotykamy na Kaczą. Pokonujemy niewielki mostek (jaka rzeka – taki most) i zmierzamy w kierunku ulicy Pokrzywowej. Chwilę idziemy wzdłuż muru oddzielającego dróżkę od zabudowań.

    Gdy docieramy do tabliczki informującej, jak dojść do góry Donas, widzimy, że można tego dokonać na dwa sposoby:

    - podążając dalej żółtym szlakiem przez 1,2 km

    lub

    - idąc za czarnymi znakami (czego na mapce nie uwzględniono) przez 1,4 km.

    Nie zmieniamy planów, czyli do przejścia pozostaje nam jeszcze 1,2 km ;)

    Słońce oczywiście bardziej przygrzewa, gdy idzie się przez odkryty teren niż przez las :)

    Obiekt docelowy coraz bliżej…

    Do pewnego momentu wycieczka przebiega bezproblemowo (poza dwoma wyjątkami, kiedy się zagapiamy, gubimy znaki i musimy cofnąć się do szlaku :) – ale wtedy bez kłopotów odnajdujemy żółte oznakowanie).

    Orientujemy się, że ponownie szlak się gdzieś zapodział… Ale cóż, idziemy do przodu w nadziei, że jakoś uda się wrócić na właściwy tor ;) Jednak to się nie udaje, więc cofamy się i – na szczęście – znów dostrzegamy nasz szlak i przebyty niedawno odcinek. Pokonując tę część po raz kolejny, tym razem z większą uwagą przypatrujemy się drzewom, kamieniom, belkom i… Znowu żółte znaki się gdzieś urywają. Mam wrażenie, że albo są gdzieś dobrze zamaskowane, albo wystąpił jakiś błąd ze znakowaniem trasy…

    Trudno. Wieża widokowa jest gdzieś niedaleko (z tego miejsca jej nie widać), więc jakoś sobie poradzimy. Zmierzamy na najwyższe wzniesienie w Gdyni, więc, jak podpowiada logika, trzeba kierować się w górę. Najpierw zwyczajną leśną ścieżką…

    … coraz bliżej…

    … później przez zarośla, obok małego cmentarzyku i dużego krzyża (jedynie jedna spośród mogił posiada tabliczkę; na mapce cmentarza nie zaznaczono), pomiędzy drzewami i…

    W końcu jesteśmy na miejscu ;) Z małymi problemami, ale się udaje.

    Można nacieszyć oczy widokami, poniżej kilka zdjęć zrobionych z tarasu widokowego powyższej wieży:

    Cała wycieczka, średnim tempem, od dworca w Gdyni do góry Donas trwała ok. 3,5 godziny. Myślę, że gdyby nie parokrotne błądzenie, mogłoby to trwać 2,5-3 h ;)

    Droga powrotna jest dużo bardziej wygodną i leniwą opcją…

    Spośród możliwości opuszczenia góry Donas, wybieramy tę przedstawioną powyżej :) 20 minut spaceru do pętli trolejbusowej usytuowanej przy ulicy Miętowej. I w momencie dotarcia na przystanek wycieczka się kończy.

    06.07.2013 r.

    Koleją na Kasprowy

    Brak komentarzy

    Notka ta będzie miała charakter raczej wspomnieniowo-refleksyjny…

    Hm, co zachowało się z wyjazdu do Zakopanego sprzed 10 lat?

    A no… Pocztówki, bilety wstępu na teren TPN-u, z przejazdu wyciągami, zdjęcia, wiele wspaniałych widoków i wspomnień… A wśród nich wspomnienie wjazdu koleją linową na Kasprowych Wierch (1987 m. n.p.m.).

    Jak wiadomo, stacja początkowa tej kolei mieści się w Kuźnicach. Wystarczy zakupić bilet, wsiąść do wagoniku i pojechać… Jasne, proste… Na pewno. Jednak już nie takie szybkie ;) Swoje w kolejce trzeba odstać. Pamiętam, że trwało to około 2 godzin. Sznur osób ustawionych w kolejce ciągnął się tak że… Po prostu kolejka była długa :)

    [Pomimo upływu dekady pod tym względem nic się nie zmieniło.

    Zaczynając wędrówki w Kuźnicach i zerkając w stronę kas biletowych, widok jest taki sam, jak wtedy, kiedy i ja czekałam na możliwość wejścia do magicznego wagonika ;) ]

    Przedługaśne oczekiwanie zostaje nagrodzone. 

    Odjazd: 18:30 - wskazuje godzina na bilecie.

    Cena: złotych 17 (za bilet ulgowy). Obecnie taki sam bilet kosztuje 35 zł. (normaly 40). Kilka lat, a przebitka ponad dwukrotna… (Rozumiem: inflacja. Wszystko drożeje, ale żeby aż o ponad 100%?? Droga ta przyjemność – nie zniechęca to jednak rzeszy turystów do skorzystania z tej sposobności.)

    Trochę mnie ten wątek inflacyjny wybił…

    A! Bilety zakupione, teraz to tylko wsiadać! Srebrny prostopadłościenny wagonik podjechał i już czeka, żeby zabrać nastepną grupę osób w wyższe partie gór.

    Tak! Ten jeden z najczęściej umieszczanych na pocztówkach obiektów mam teraz przed sobą.

    [Wtedy kursowały jeszcze te stare wagoniki – sprzed modernizacji kolei. I – jak podpowiadają widokówki – na przedzie wagonika widniał napis PKL, a pod spdoem jego numer. I tak oto „1″ znajdowała się w czerwonym okręgu, „4″ w czerwonym kole, a „2″ i „3″ się nie załapały na żadną z pocztówek, które kupiłam, więc nie jestem w stanie powiedzieć, jak to z tymi wagonikami było ;) ]

    Drzwi się otwierają, można wsiadać. Zaczyna się wjazd. 18:30. Oddalam się od kolejki oczekujących, od Kuźnic i turystów powracających z górskich wedrówek. Dla dzieciaków w wieku szkolnym (którym byłam te 10 lat temu ;)) tego typu atrakcje są jednymi z najciekawszych momentów wyjazdu w góry – frajdą jest bycie ponad drzewami, uszczknięcie choć gałązki przez otwarte okno…

    Mniej więcej w połowie drogi na szczyt Kasprowego „wagonikowiczów” czeka przesiadka do wehikułu o innym numerku. Po przesiadce koniec przejazdu jest coraz bliższy. Roślinność, którą widzimy poniżej, robi się coraz uboższa. Za chwilę zbliżymy się do „gołych” skał, a potem już chwila i osiągniemy górną stację :)

    Nareszcie! Jesteśmy na szczycie.Tak wysoko nigdy nie byłam ;) Jak się można domyślić – widoki niesamowite (wielu z Was pewnie także widziało je na własne oczy ;)). Pobliskie i bardziej odległe szczyty, w tym Giewont, którego nie sposób nie rozpoznać, nawet gdy jest skąpany w ostatnich danego dnia promieniach słońca. Widać także szlaki zejściowe/ wejściowe, słupek graniczny i tabliczkę informującą, że przebiega tędy granica państwa… Radocha – być za granicą, nie wyjeżdżając z kraju ;p

    A… I skały pokryte napisami „kto, skąd i kiedy tu był”. Nie pamiętam, czy i jak złożyłam na Kasprowym swój „autograf” :)

    Brrr… Chłód czuć. Różnica wysokości między Kuźnicami a Kasprowym (a to około kilometra jest) sprawia, że temperatura odczuwalna na szczycie jest dużo niższa. Ale w sumie z lekcji geografii można pamiętać, że wraz ze wzrostem wysokości spada temperatura (chyba o 0,6 st. C na 100 m.- o ile dobrze pamiętam). Chociaż będąc dopiero co po podstawówce, geografii jeszcze nie miałam, ale to szczegół… ;p

    Pomiędzy godziną wjazdu a godziną zjazdu były 2 godziny, więc trzeba było się poratować gorącą czekoladą :) a dodatkowo zdobyć kilka pieczątek na pocztówce.

    Zbliża się czas pożegnania z tymi krajobrazami i zachodzącym późnym wieczorem słońcem…

    Powrót 20:30.

    Wagonik już czeka, co oznacza, że Kasprowemu mówimy „dobranoc” :)

    Droga powrotna nie była już tak przyjemna (i to nie ze względu na opuszczenie tego niezwykłego miejsca ;))… Gorąca czekolada i mój żołądek nie chcieli współpracować podczas zjazdu i zmiany wyokości, co poskutkowało gorszym samopoczuciem. Jednak teraz bedę pamiętać, że przemieszczaniu się między punktami o sporej różnicy wysokości nie służą ciepłe napoje pite na chwilę przed  ;)

    Jak widać, ze wszystkiego można wyciągnąć nie tylko piękne wspomnienia, ale i wnioski na przyszłość :)

    Ze względu na fakt, iż nie była to jeszcze era aparatów cyfrowych, zdjęć żadnych nie dołączam ;) Pozostaną w albumie…

    07.08.2003 r.