Notka ta będzie miała charakter raczej wspomnieniowo-refleksyjny…

Hm, co zachowało się z wyjazdu do Zakopanego sprzed 10 lat?

A no… Pocztówki, bilety wstępu na teren TPN-u, z przejazdu wyciągami, zdjęcia, wiele wspaniałych widoków i wspomnień… A wśród nich wspomnienie wjazdu koleją linową na Kasprowych Wierch (1987 m. n.p.m.).

Jak wiadomo, stacja początkowa tej kolei mieści się w Kuźnicach. Wystarczy zakupić bilet, wsiąść do wagoniku i pojechać… Jasne, proste… Na pewno. Jednak już nie takie szybkie ;) Swoje w kolejce trzeba odstać. Pamiętam, że trwało to około 2 godzin. Sznur osób ustawionych w kolejce ciągnął się tak że… Po prostu kolejka była długa :)

[Pomimo upływu dekady pod tym względem nic się nie zmieniło.

Zaczynając wędrówki w Kuźnicach i zerkając w stronę kas biletowych, widok jest taki sam, jak wtedy, kiedy i ja czekałam na możliwość wejścia do magicznego wagonika ;) ]

Przedługaśne oczekiwanie zostaje nagrodzone. 

Odjazd: 18:30 - wskazuje godzina na bilecie.

Cena: złotych 17 (za bilet ulgowy). Obecnie taki sam bilet kosztuje 35 zł. (normaly 40). Kilka lat, a przebitka ponad dwukrotna… (Rozumiem: inflacja. Wszystko drożeje, ale żeby aż o ponad 100%?? Droga ta przyjemność – nie zniechęca to jednak rzeszy turystów do skorzystania z tej sposobności.)

Trochę mnie ten wątek inflacyjny wybił…

A! Bilety zakupione, teraz to tylko wsiadać! Srebrny prostopadłościenny wagonik podjechał i już czeka, żeby zabrać nastepną grupę osób w wyższe partie gór.

Tak! Ten jeden z najczęściej umieszczanych na pocztówkach obiektów mam teraz przed sobą.

[Wtedy kursowały jeszcze te stare wagoniki – sprzed modernizacji kolei. I – jak podpowiadają widokówki – na przedzie wagonika widniał napis PKL, a pod spdoem jego numer. I tak oto „1″ znajdowała się w czerwonym okręgu, „4″ w czerwonym kole, a „2″ i „3″ się nie załapały na żadną z pocztówek, które kupiłam, więc nie jestem w stanie powiedzieć, jak to z tymi wagonikami było ;) ]

Drzwi się otwierają, można wsiadać. Zaczyna się wjazd. 18:30. Oddalam się od kolejki oczekujących, od Kuźnic i turystów powracających z górskich wedrówek. Dla dzieciaków w wieku szkolnym (którym byłam te 10 lat temu ;)) tego typu atrakcje są jednymi z najciekawszych momentów wyjazdu w góry – frajdą jest bycie ponad drzewami, uszczknięcie choć gałązki przez otwarte okno…

Mniej więcej w połowie drogi na szczyt Kasprowego „wagonikowiczów” czeka przesiadka do wehikułu o innym numerku. Po przesiadce koniec przejazdu jest coraz bliższy. Roślinność, którą widzimy poniżej, robi się coraz uboższa. Za chwilę zbliżymy się do „gołych” skał, a potem już chwila i osiągniemy górną stację :)

Nareszcie! Jesteśmy na szczycie.Tak wysoko nigdy nie byłam ;) Jak się można domyślić – widoki niesamowite (wielu z Was pewnie także widziało je na własne oczy ;)). Pobliskie i bardziej odległe szczyty, w tym Giewont, którego nie sposób nie rozpoznać, nawet gdy jest skąpany w ostatnich danego dnia promieniach słońca. Widać także szlaki zejściowe/ wejściowe, słupek graniczny i tabliczkę informującą, że przebiega tędy granica państwa… Radocha – być za granicą, nie wyjeżdżając z kraju ;p

A… I skały pokryte napisami „kto, skąd i kiedy tu był”. Nie pamiętam, czy i jak złożyłam na Kasprowym swój „autograf” :)

Brrr… Chłód czuć. Różnica wysokości między Kuźnicami a Kasprowym (a to około kilometra jest) sprawia, że temperatura odczuwalna na szczycie jest dużo niższa. Ale w sumie z lekcji geografii można pamiętać, że wraz ze wzrostem wysokości spada temperatura (chyba o 0,6 st. C na 100 m.- o ile dobrze pamiętam). Chociaż będąc dopiero co po podstawówce, geografii jeszcze nie miałam, ale to szczegół… ;p

Pomiędzy godziną wjazdu a godziną zjazdu były 2 godziny, więc trzeba było się poratować gorącą czekoladą :) a dodatkowo zdobyć kilka pieczątek na pocztówce.

Zbliża się czas pożegnania z tymi krajobrazami i zachodzącym późnym wieczorem słońcem…

Powrót 20:30.

Wagonik już czeka, co oznacza, że Kasprowemu mówimy „dobranoc” :)

Droga powrotna nie była już tak przyjemna (i to nie ze względu na opuszczenie tego niezwykłego miejsca ;))… Gorąca czekolada i mój żołądek nie chcieli współpracować podczas zjazdu i zmiany wyokości, co poskutkowało gorszym samopoczuciem. Jednak teraz bedę pamiętać, że przemieszczaniu się między punktami o sporej różnicy wysokości nie służą ciepłe napoje pite na chwilę przed  ;)

Jak widać, ze wszystkiego można wyciągnąć nie tylko piękne wspomnienia, ale i wnioski na przyszłość :)

Ze względu na fakt, iż nie była to jeszcze era aparatów cyfrowych, zdjęć żadnych nie dołączam ;) Pozostaną w albumie…

07.08.2003 r.