Na szlaku

    Wędrówki, góry, odwiedzone miejsca. Po szlakach, ścieżkach, miejskimi drogami.Często ze zdjęciami, rzadziej bez.

    Wpisy z tagiem: Tatry

    DOLINA STRĄŻYSKA Strążyska Polana  Siklawica    Strążyska Polana   Czerwona Przełęcz    SARNIA SKAŁA    Czerwona Przełęcz Polana Białego   DOLINA BIAŁEGO

    Wdrapywania się na Sarnią Skałę (1377 m n.p.m.) doświadczyłam po raz drugi (wcześniej we wrześniu 2010 r.). Zapamiętałam to jako ogromną męczarnię ;p (a konkretnie odcinek od Strążyskiej Polany). Myślałam, że tak nieciekawe odczucia spowodowane w większości były przez brak snu podczas 16-godzinnej podróży pociągiem, brak porządnego śniadania, nienajlepsze obuwie i średniawą kondycję…

    Tak było wtedy – a jak ostatnio?

    Podczas ubiegłolistopadowego pobytu w Zakopanem ponownie postanowiłam podjąć wyzwanie Sarniej… :) Już bez wpływu wymienionych wyżej 3 pierwszych czynników i z lepszą (to subiektywa – ale w sumie, kto mógłby to wiedzieć lepiej? – ocena) kondycją.

    Przebieg wycieczki:

    Iść będziemy przez Dolinę Strążyską, ale do jej wylotu również trzeba dotrzeć. Z kwatery zlokalizowanej nieopodal dworca idziemy przez Rówień Krupową, mijamy Rondo Jana Pawła II (dawniej: Kuźnickie) i przy Wielkiej Krokwi wkraczamy na Drogę pod Reglami.

    Znaki pokazują, że do Strążyskiej pozostało jeszcze 25 minut. Po drodze przechodzimy obok wlotów dolin: Białego i ku Dziurze (prowadzi przez nią ok. 25-minutowy szlak). Spacerowi towarzyszą ładne widoki na Pogórze Gubałowskie.

    Z Drogi pod Reglami…

    Dochodzimy do początku Doliny Strążyskiej – jest tu także parking, więc i zmotoryzowani dotrą bez problemu ;).

     

    Jesteśmy już na ternie TPN-u. Spacer  tą doliną jest czymś naprawdę  przyjemnym – przez całą trasę płynie  Strążyski Potok, miło szumi i, przy  tak ładnej pogodzie (jak tego dnia), mieni  się w słońcu.

     

     

     

    Do Strążyskiej Polany idziemy szlakiem czerwonym (innego na tym odcinku i tak nie ma :)) z nieustającym widokiem na wprost na Śpiącego Rycerza. Po trafieniu na polanę najbardziej przyjemny etap wycieczki dobiega końca :). Można tu odpocząć, zjeść, wypić coś ciepłego.

    Będąc na Strążyskiej Polanie polecam (szczerze) poświęcić kilkanaście minut i przejść się do Siklawicy (czego przy pierwszym wejściu na Sarnią nie zrobiłam). Łączna wysokość tego wodospadu to 23 metry.

     

    [Mapa pokazuje, że podejście tam i powrót na    Strążyską Polanę zajmują 25 minut, ale w  rzeczywistości nie musi to tyle trwać. Powinno  się jednak zachować większą ostrożność ze  względu na dużą wilgotność kamieni i  ryzyko  poślizgnięcia.]

    Ten nieduży wodospad ładnie się prezentuje i  można praktycznie podejść pod sam strumień  opadającej wody. W obie strony prowadzi ten  sam, żółty szlak. Warto.

     

     

     

    Powrót na Strążyską Polanę

    Stąd prosto na Sarnią Skałę biegnie czarny szlak, który stanowi część Ścieżki nad Reglami.

    Przed nami najbardziej męczący odcinek… (Nie wspominam go miło, ale chcąc wejść na Sarnią trzeba go pokonać – można także iść przez Dolinę Białego, ale też jest dość stromo. No ale w górach nie może być zbyt łatwo, trochę człek musi się zmęczyć ;)). Dośc wysokie kamienne schody wymagają sporego nakładu sił, ale stąd już widać szczyt… Idąc tym, odcinkiem w oddali widnieją rozświetlone przez listopadowe słońce skały Sarniej. Wydają się być daleko…

    [Warto wspomnieć, że od Strążyskiej Polany do Czerwonej Przełęczy pokonujemy blisko 300 metrów. To sporo jak na ten niezbyt długi odcinek – stąd duża stromizna i – związany z nią – wysiłek.]

    Z licznymi przerwami, ale w końcu udaje się dotrzeć do przełęczy. Trzeba zebrać resztki sił, by w przeciągu kilku minut zdobyć szczyt Sarniej Skały czarnym szlakiem (to jedyna droga, którą można się tam dostać).

    [Idąc od Czerwonej Przełęczy na szczyt, warto nie tylko podziwiać to wzniesienie, ale również opuscić głowę i przyjrzeć się podłożu ;) Gleba ma tu ciekawy kolor. Nazwa przełęczy również jest z tym związana.]

    Przez chwilę idziemy wśród drzew, a potem już na otwartej przestrzeni.

    Szczyt i ścieżka na niego prowadząca, kawałek powyżej Czerwonej Przełęczy.

    Pod koniec trasy trzeba trochę uważać – nie jest to w żaden sposób niebezpieczny fragment, ale należy umiejętnie stawiać kroki, żeby się nie poślizgnąć na skałach. Szczególną uwagę powinno się na to zwrócić, gdy ze szczytu schodzą inni turyści, bo nie ma tam miejsca na mijanie.

    Pokonanie ostatnich 76 metrów pozwala cieszyć się widokami. Na Długi Giewont. Na wierzchołek Giewontu wraz z charakterystycznym krzyżem (za którym tego dnia chowa się słońce). Po obróceniu się w drugą stronę świetnie widać panoramę Zakopanego.

    Do Czerwonej Przełęczy schodzimy tą samą ścieżką znakowaną na czarno. Stąd nie podążamy jednak spowrotem do Doliny Strążyskiej, tylko zmierzamy do Doliny Białego (dla odmiany i urozmaicenia wycieczki). Ponownie mamy do przejścia fragment Ścieżki nad Reglami (przedłużenie tego, którym do przełęczy dochodziliśmy). Idziemy kilkanaśćie minut, dość ostro w dół, obniżamy wysokość o ok. 100 metrów. Następnie odbijamy w lewo na żółty szlak, który biegnie przez Dolinę Białego.

    [Inną alternatywą dla żółtego szlaku przez Dolinę Białego jest dalsze podążanie Ścieżką nad Reglami. Prowadzi ona przez las, by w końcowym odcinku przebiegać wspólnie z Drogą Brata Alberta oraz innymi szlakami zmierzającymi do Kuźnic.]

    Tutaj również trasa przebiega dość stromymi ściezkami. Na przejście całej doliny potrzebnych jest mniej więcej 60 minut, po czym wychodzi się na Drogę pod Reglami i dalej w kierunku centrum.

    Porównanie Doliny Strążyskiej i Białego

    Moim zdaniem pierwsza z nich jest dużo ładniejsza, łatwiejsza, z ciekawszymi widokami. Panuje w niej więcej otwartej przestrzeni. Lasy nie zasłaniają krajobrazów. Strążyska jest po prostu bardziej urokliwa. Gdybym ponownie miała wybierać, którą dojść do Ścieżki nad Reglami, to zdecydowanie (po raz trzeci :) wygrałaby Dolina Strążyska.

    To nie znaczy, że Dolina Białego nie ma zalet. Wręcz przeciwnie. Ładne widoki mają miejsce w nizszej części tej doliny, znajduje się tam również wlot do starej sztolni. Przejście ułatwiają klimatyczne mostki usytuowane nad przepływającym Białym Potokiem.

    Jednakże to tylko moja subiektywna opinia, każdy może mieć inne zdanie na temat poszczególnych miejsc.

    Czas przejścia wg mapy:

    Wylot Doliny Strążyskiej – Sarnia Skała: 2 h (rzeczywistość była tym razem z mapą zgodna – ku mojej uciesze i powątpiewaniu w kondycję ;) – co troszkę okazało się dla mnie zaskoczeniem, bo wejście na Sarnią (ten fragment Ścieżki nad Reglami) nie kojarzyło mi się miło i spodziewałam się sporych strat czasowych na tym odcinku)

    Sarnia Skała – wylot Doliny Białego: 1:15 h (tutaj również porównywalnie z mapą)

    Różnica wysokości:

    Wylot Strążyskiej (898 m n.p.m.) – Sarnia Skała (1377 m n.p.m.): 479 m

    Jesień w Tatrach…

    Brak komentarzy

    Głód gór rósł, rósł… Na szczęście udało się go zaspokoić ;-)

    Kiedy tęskni się za tymi rejonami, to nie jest ważna pora roku, podczas której się tam wybierzemy… Jesień w górach? Teraz wiem, że jak najbardziej jest to opcja na TAK!

    No a wracając… Tak, jednak udało się w tym roku wyjechać w góry – wyjazd dość krótki (ok. 3,5 dnia), ale warto jechać te 700 km nawet dla tych paru dni w Zakopanem i na tatrzańskich szlakach… To jest silniejsze…

    Termin: padło na drugą połowę listopada. Dość ryzykowne to było – pogoda mogła być niesprzyjająca. No mogła być, ale co z tego, skoro tak się nie stało? Pogoda była świetna, jak na tę porę roku. Bardzo słonecznie, w ciągu dnia ciepło, wieczorami oczywiście chłodniej, no ale tu brak słońca o tej porze dnia stwarzał tę różnicę… Śnieg widoczny w oddali, na wysokich szczytach – niżej można było spotkać niewielkie jego ilości.

    Jak się trafi na tak dobre warunki pogodowe, to trzeba to wykorzystywać i ruszać na szlak. Dzień był dość krótki i słońce zachodziło ok. godziny 16, co skutkowało tym, że trzeba było się ograniczyć raczej do niezbyt długotrwałych wycieczek, ale to nie wpłynęło negatywnie na ten wyjazd.

    Zalety pokonywania górskich szlaków jesienią?

    Przede wszystkim w większym stopniu można doświadczyć ciszy i spokoju, które wtedy panują… Na szlakach – pojedyncze osoby, głównie na początku popularnych szlaków. Można w spokoju cieszyć się widokami i fotografować, bez konieczności obmyślania, jak tu złapać dobre ujęcie, żeby nikt obcy w kadr nie wpadł ;-) Brak tłoku… Naprawdę można było odpocząć od miasta, od ludzi, cieszyć się obcowaniem z naturą, słyszeć własne myśli.

    Świetnie było przez długie chwile nie spotykać nikogo na szlaku, mieć tak niesamowite miejsca tylko dla siebie (no, prawie ;) ). Mieć Tatry na wyłączność. Trochę samolubne podejście, ale czuje się dużą różnicę między latem na szlaku a jesienią…

    No i na Krupówkach też bez tych dzikich tłumów, które tam latem się kręcą… Bez skaczących do muzyki myszek, bez puszczanych baniek i naciągających turystów na kasę biznesmenów kręcących kubeczkami. I również zjeść można spokojnie – stolik znajdzie się bez problemu.

    Wkrótce pewnie naskrobię coś z wejścia na Sarnią, ze spaceru Kościeliską z dojściem nad Staw Smreczyński i z niewejścia na Kopieniec :)

    Widok ze ścieżki pod Reglami:

    Koleją na Kasprowy

    Brak komentarzy

    Notka ta będzie miała charakter raczej wspomnieniowo-refleksyjny…

    Hm, co zachowało się z wyjazdu do Zakopanego sprzed 10 lat?

    A no… Pocztówki, bilety wstępu na teren TPN-u, z przejazdu wyciągami, zdjęcia, wiele wspaniałych widoków i wspomnień… A wśród nich wspomnienie wjazdu koleją linową na Kasprowych Wierch (1987 m. n.p.m.).

    Jak wiadomo, stacja początkowa tej kolei mieści się w Kuźnicach. Wystarczy zakupić bilet, wsiąść do wagoniku i pojechać… Jasne, proste… Na pewno. Jednak już nie takie szybkie ;) Swoje w kolejce trzeba odstać. Pamiętam, że trwało to około 2 godzin. Sznur osób ustawionych w kolejce ciągnął się tak że… Po prostu kolejka była długa :)

    [Pomimo upływu dekady pod tym względem nic się nie zmieniło.

    Zaczynając wędrówki w Kuźnicach i zerkając w stronę kas biletowych, widok jest taki sam, jak wtedy, kiedy i ja czekałam na możliwość wejścia do magicznego wagonika ;) ]

    Przedługaśne oczekiwanie zostaje nagrodzone. 

    Odjazd: 18:30 - wskazuje godzina na bilecie.

    Cena: złotych 17 (za bilet ulgowy). Obecnie taki sam bilet kosztuje 35 zł. (normaly 40). Kilka lat, a przebitka ponad dwukrotna… (Rozumiem: inflacja. Wszystko drożeje, ale żeby aż o ponad 100%?? Droga ta przyjemność – nie zniechęca to jednak rzeszy turystów do skorzystania z tej sposobności.)

    Trochę mnie ten wątek inflacyjny wybił…

    A! Bilety zakupione, teraz to tylko wsiadać! Srebrny prostopadłościenny wagonik podjechał i już czeka, żeby zabrać nastepną grupę osób w wyższe partie gór.

    Tak! Ten jeden z najczęściej umieszczanych na pocztówkach obiektów mam teraz przed sobą.

    [Wtedy kursowały jeszcze te stare wagoniki – sprzed modernizacji kolei. I – jak podpowiadają widokówki – na przedzie wagonika widniał napis PKL, a pod spdoem jego numer. I tak oto „1″ znajdowała się w czerwonym okręgu, „4″ w czerwonym kole, a „2″ i „3″ się nie załapały na żadną z pocztówek, które kupiłam, więc nie jestem w stanie powiedzieć, jak to z tymi wagonikami było ;) ]

    Drzwi się otwierają, można wsiadać. Zaczyna się wjazd. 18:30. Oddalam się od kolejki oczekujących, od Kuźnic i turystów powracających z górskich wedrówek. Dla dzieciaków w wieku szkolnym (którym byłam te 10 lat temu ;)) tego typu atrakcje są jednymi z najciekawszych momentów wyjazdu w góry – frajdą jest bycie ponad drzewami, uszczknięcie choć gałązki przez otwarte okno…

    Mniej więcej w połowie drogi na szczyt Kasprowego „wagonikowiczów” czeka przesiadka do wehikułu o innym numerku. Po przesiadce koniec przejazdu jest coraz bliższy. Roślinność, którą widzimy poniżej, robi się coraz uboższa. Za chwilę zbliżymy się do „gołych” skał, a potem już chwila i osiągniemy górną stację :)

    Nareszcie! Jesteśmy na szczycie.Tak wysoko nigdy nie byłam ;) Jak się można domyślić – widoki niesamowite (wielu z Was pewnie także widziało je na własne oczy ;)). Pobliskie i bardziej odległe szczyty, w tym Giewont, którego nie sposób nie rozpoznać, nawet gdy jest skąpany w ostatnich danego dnia promieniach słońca. Widać także szlaki zejściowe/ wejściowe, słupek graniczny i tabliczkę informującą, że przebiega tędy granica państwa… Radocha – być za granicą, nie wyjeżdżając z kraju ;p

    A… I skały pokryte napisami „kto, skąd i kiedy tu był”. Nie pamiętam, czy i jak złożyłam na Kasprowym swój „autograf” :)

    Brrr… Chłód czuć. Różnica wysokości między Kuźnicami a Kasprowym (a to około kilometra jest) sprawia, że temperatura odczuwalna na szczycie jest dużo niższa. Ale w sumie z lekcji geografii można pamiętać, że wraz ze wzrostem wysokości spada temperatura (chyba o 0,6 st. C na 100 m.- o ile dobrze pamiętam). Chociaż będąc dopiero co po podstawówce, geografii jeszcze nie miałam, ale to szczegół… ;p

    Pomiędzy godziną wjazdu a godziną zjazdu były 2 godziny, więc trzeba było się poratować gorącą czekoladą :) a dodatkowo zdobyć kilka pieczątek na pocztówce.

    Zbliża się czas pożegnania z tymi krajobrazami i zachodzącym późnym wieczorem słońcem…

    Powrót 20:30.

    Wagonik już czeka, co oznacza, że Kasprowemu mówimy „dobranoc” :)

    Droga powrotna nie była już tak przyjemna (i to nie ze względu na opuszczenie tego niezwykłego miejsca ;))… Gorąca czekolada i mój żołądek nie chcieli współpracować podczas zjazdu i zmiany wyokości, co poskutkowało gorszym samopoczuciem. Jednak teraz bedę pamiętać, że przemieszczaniu się między punktami o sporej różnicy wysokości nie służą ciepłe napoje pite na chwilę przed  ;)

    Jak widać, ze wszystkiego można wyciągnąć nie tylko piękne wspomnienia, ale i wnioski na przyszłość :)

    Ze względu na fakt, iż nie była to jeszcze era aparatów cyfrowych, zdjęć żadnych nie dołączam ;) Pozostaną w albumie…

    07.08.2003 r.